Koncert
Story of my life

Koncert

Trzecia nad ranem, ze snu wyrywa mnie telefon. Doskonale wiem, kto dzwoni. Przecież tylko on dzwoni o tej porze. Ściszonym głosem mówię mu, żeby poczekał – nie chcę obudzić współlokatorki. Zamykam się w łazience, w której najwyraźniej ktoś wieczorem zapomniał spuścić wodę w kiblu. Trudno. Staram się wstrzymać oddech, ale po krótkiej chwili przyzwyczajam się do niezbyt przyjemnego zapachu.

– Jadę po Ciebie – mówi.

– Ale przecież jest trzecia w nocy. Rano muszę iść do pracy. Zobaczymy się jutro po ….

– Jestem na dole. Zejdź – kończy rozmowę.

Łapię telefon i klucze, zamykam dom. Trzy piętra w dół.

Wiele rzeczy w naszym życiu jest nie tak, jakbyśmy tego chcieli. Czegoś jest za dużo, czegoś za mało, coś nas wkurwia, coś nie daje spokoju, coś nas rozwesela. Wiele chcielibyśmy zmienić, ale albo jesteśmy tchórzami albo lubimy nasze wygodne, puste życie. Na pewno wiesz o czym mówię.

Czasem jest tak, że nawet nie wiesz, co w danej sytuacji powiedzieć czy zrobić. I wtedy lepiej nie mówić i nie robić nic. Niczego nie nazywać i nie starać się opisać. Niczego nie starać się zmienić.

Są osoby, miejsca i relacje, które nigdy nie będą poprawnie nazwane.

Tak właśnie było z nim. W sumie to z nami. Od początku znaliśmy się od najgorszej strony. Od tej najbardziej znienawidzonej przez nas samych części siebie. Od tej strony, że jak kogoś poznajesz to wiesz, że jest to tylko spełnienie Twoich chwilowych potrzeb. Zwykłe wyruchanie kogoś – wybierz odpowiednie: fizyczne/mentalne.

Wiedzieliśmy o sobie tak niewiele i tak nieprawdziwych rzeczy, że to, co mówiliśmy sobie w twarz każde z nas traktowało jako zwykle kłamstwo i przykrywkę. Taką wybraliśmy strategię. Taki był nasz plan. Plan by oszukać wszystkich, a już na pewno samych siebie, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Sami gubiliśmy się w zasadach narzuconych nam przez nas samych. A może przeze mnie? Nie wiem jaka była jego strategia.

Do dziś nie wiem czy on wie, że tamta dziewczyna to nie dziewczyna, na którą dzisiaj patrzy. Tamta umarła tego dnia kiedy byliśmy razem na TYM koncercie. Na koncercie, na który sądziłam, że nigdy nie uda mi się dotrzeć. A dotarłam. Dzięki niemu.

Tamtego dnia zmieniło się wszystko. Usunęłam wszystkie rozmowy na Facebooku, usunęłam wszystkie smsy, mmsy i maile. Nie z nim. Z wszystkimi, którzy do tej pory byli obecni w moim życiu i stacjonowali w nim jako figuranci, jako marne zastępstwa tego wszystkiego, czego tak mocno było mi brak w życiu. Zablokowałam i usunęłam numery telefonów do wszystkich moich przeszłych, obecnych i przyszłych facetów. Odcięłam się od całego świata, w którym żyłam.

Czułam tylko jego.

Nie chodziło tylko o to. Chodziło o to, jak ja czuję się z nim i to, jak on na mnie patrzy i jak mnie dotyka. Chodziło o to, co mi mówi i jakich słów używa w mojej obecności, a jakich unika. Usłyszałam od niego wiele rzeczy, których wolałabym nie wiedzieć, ale to nie ma znaczenia bo i on usłyszał o rzeczach, których dzisiaj się wstydzę. Nie możemy rozliczać się z przeszłości, bo nie jesteśmy jej w stanie zmienić.

Koncert, na który mnie zabrał był spełnieniem moich marzeń. Tych typowych marzeń. Jeszcze z czasów dzieciństwa. Chyba przesadziłam – z czasów młodości, ale tej, w której mózg zaczyna funkcjonować prawidłowo. Odbywał się w bardzo dziwnym miejscu, ale nie obskurnym, po prostu nietypowym jak na ten rodzaj koncertów.

Załatwił nam spanie w mieście wydarzenia. To miała być pierwsza noc, która planowaliśmy spędzić od początku do końca razem. Dziwne zamierzenie, szczególnie, że wcześniej się na to nie odważyłam.

Obiecał mi, że to będzie piękny dzień. I był. Musisz uwierzyć mi na słowo. Z Tobą mogę podzielić się tylko równoważnikami – zoo, kawa, on, papierosy, spacer, zoo, on, spacer, kawa, croissanty, on, kawa, drinki z arbuzem, koncert, wino, piwo. Hm, to ciekawe ile w tych równoważnikach odwołań do nałogów…

Przed koncertem wypiliśmy kawę, po koncercie wino kupione w żabce. A nie chwila – nie otworzyliśmy wina – byliśmy zbyt zajęci sobą. Zbyt zajęci otwieraniem i uzależnianiem się od siebie. I niech to brzmi jak tani romans.

Jeżeli powiem Ci, że od tamtego czasu staliśmy się nierozłączni, to nie uwierzysz prawda?

Myślę o tym weekendzie. O weekendzie, podczas którego wyjątkowo dobrze było nam ze sobą. Czuć się z kimś na tyle komfortowo, żeby zgubić gdzie te chore i wynaturzone podejrzenia, że ktoś udaje kogoś, kim nie jest. A przecież każdy udaje. Ale wtedy nie udawał – mam pewność. Nie da się tak dobrze udawać. Bo kto może to wiedzieć lepiej niż ja? Królowa udawania i sprawiania wrażenia. Udawania, że jest dobrze i sprawiania wrażenia lepszej niż jest w rzeczywistości.

I on wtedy mówi do mnie: – To i tak zawsze miałaś być Ty.

Koniec. Kurtyna.

Ruda. Wredna. Szczera. Prawdziwa. Może nie do końca ruda. Nie całkiem wredna. Zdecydowanie niezupełnie szczera i ledwie prawdziwa. Wie jedno: żyje.

One thought on “Koncert

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *